Kataną i wiśnią czyli Takeshi. Cień Śmierci Mai Lidii Kossakowskiej

MATRAS
Takeshi Cień Śmierci Maja Lidia Kossakowska Recenzja

Przyznam się bez bicia. Pragnąłem tej książki. Pragnąłem nowego powietrza, świeżości w polskiej fantastyce, okraszonej niebanalnym stylem i kwiecistym językiem. Niestety moje fundusze książkowe leżą i kwiczą,a dusza ma cierpi męki niezmierne, jednak dzięki księgarni Matras mogłem przenieść się w do kraju wiśni, ponadto kwitnącej. Zanim rozpocząłem swoją przygodę z Takeshim, pożyczyłem z biblioteki powieść Siewca Wiatru tejże autorki, by przekonać się czy to jest to. Po przeczytaniu dwóch rozdziałów śmiało mogę stwierdzić, że do Siewcy wrócę z ogromną przyjemnością. Ostatnio jakoś bardziej zaintrygowały mnie anioły i demony. Wracając do najnowszej powieści Kossakowskiej…

Wakuni. Tak nazywa się państwo (?), w którym rozgrywa się większa część akcji. Należy ono do Świata. Ni to starego, ni to nowego. Świat, bo tak nazywany jest świat książki, jest na granicy przenikalności starego, japońskiego porządku, pełnego honorowych daimio, szlachetnych samurajów, kolorowych kimono, kwiecistych ogrodów, wspaniałych rezydencji, różnorodnej religii, kultury i ciekawej historii, a światem nowym, inteligentnych biomaszyn, zdradzieckich gangów i z powiewem całkiem nowej kultury. Kimono traci na rzecz obcisłych i kusych sukienek, katana jest mniej śmiercionośna niż pistolety, a cesarz odszedł na boczny tor. Tutaj harmonia i porządek dawnych kultur i historii mieszają się z natarczywością i agresją nowych czasów, przez młodych ludzi uważanych za lepszych.
Początki mojego spotkania z lekturą nie były łatwe. Nudziłem się. Może zabrzmi to jak bluźnierstwo, ale początkowe opisy i walka przeraźliwie mnie zniechęciły. Wszystko zlało się w jeden wielki opis, bez choćby grama uniesienia, czy podniesienia ciśnienia w moich żyłach. Wszystko stało się takie typowe i niezbyt oryginalne.  Jednak nie oceniam książki po kilku stronach i zawsze staram się dobrnąć do końca, nie ważne jak głupia by była. A z tą pozycją jest inaczej. Do niej trzeba dojrzeć. Zrozumieć sens. Zastanowić się co autorka chce nam pokazać, jak opisuje japońską kulturę, w jaki sposób operuje słowem. To wszystko jest ważne, bo bez tego nie poznamy dobrze głównych bohaterów powieści.
A tych jest kilka, choć niepodzielnie rządzi ten tytułowy – Takeshi. Adept jednego z Zakonów, który przemierza świat w poszukiwaniu odrobiny spokoju i ciszy. Trafia do małej mieściny, z pozoru nic nie obchodzącej najwyższych bogów. Jednak karma, jest kapryśna, a raczej nieprzewidywalna, przez co główny bohater, chcąc nie chcąc, zostaje wplątany w sam środek boskich planów. Od razu możemy dostrzec próby autorki przybliżenia nam jak najlepiej odczuć i światopoglądów danych bohaterów. Próbuje nas z nimi utożsamić i przybliżyć ich rozterki, radości i żale, jednak wychodzi jej to średnio, bo autentyczność zostaje gdzieś zgubiona w opisach moralnych rozterek. Czasem przypominają one typowe, uczniowskie lanie wody – cały czas o tym samym, ale ubrane w inne słowa. Bełkot, który zajmuje trzy strony, spokojnie można by było skrócić do maksymalnie jednej strony. Najbardziej można to dostrzec w dwóch, następujących po sobie rozdziałach – w jednym mamy użalanie się nad sobą dawnej przyjaciółki Takeshiego, które trwa przynajmniej jego połowę, a w następnym, również połowę, sam Takeshi użala się nad swoim losem i głupotą przyjaciółki.
To jest jedyny mój zarzut co do tej książki, choć język w niektórych przypadkach mógłby być lepszy. Większość porównań i metafor jest okraszona słowem niczym przez co wszystkie kwieciste opisy są podobne. A te są naprawdę spektakularne. Widać, że autorka ma bardzo rozbudowany język i umie się nim nieźle posługiwać, zwłaszcza w rozbudowanych porównaniach. Myślę, że krew została porównana do kilkunastu różnych rzeczy, przez co mój szacunek do autorki wzrósł dwukrotnie, bo niewielu pisarzy to potrafi. 
Każdy z nas (chyba się nie mylę? ;D) miał w życiu taki okres, że interesował się kulturą Dalekiego Wschodu – sposobem życia, barwną historią, samurajami, kodeksem bushido, gejszami, cesarzami i całą tą tajemniczą i bardzo szlachetną otoczką starodawnej Japonii. Wiśnia, ostre katany, kimona, ryż, honor, honor i jeszcze raz honor to symbole kraju, gdzie rzeczywistość miesza się ze światem metafizycznym. Kossakowska świetnie przybliża nam kraj kwitnącej wiśni. Robi to doskonale, wykazuje się niesamowitą wiedzą na temat bóstw, obyczajów czy etykiety. Dzięki niej każdy z nas może na chwilę stać się potężnym samurajem, wyrafinowanym skrytozabójcą czy lekko i powabną, wystrojoną w kimono damą. Czytając książkę, kilka razy odpływałem w nieznane mi pola uprawne ryżu,widziałem klasyczny nihon-teien (japoński ogród), mieszkałem w mince (tradycyjnym domu japońskim), rozmawiałem z potężnym daimio. Ze wspaniałego snu mojej wyobraźni budziła brutalnie moja Luba, powtarzając po raz któryś swoje pytanie. Przyznam, że miała ze mną ciężko, bo książka, wciągnęła mnie na dość długi czas, nie przejmując się osobami obok. Taka egoistka.
Jeden aspekt w kwestii wady czy zalety jest nierozwiązywalny. Efekciarstwo. Sama Kossakowska mówi nam, że ta książka to film, który zawsze chciałam nakręcić. I rzeczywiście, gdybyśmy przenieśli na ekrany kin akcję powieści, to dostalibyśmy niezły film z efekciarską rąbanką. Nie ma się co oszukiwać, krew leje się gęsto, na wszystkie strony latają odcięte głowy, walki są szybkie i bezwzględnie wymagające, ale i filmowo sztuczne. Bohaterowie są prości do bólu, wiemy o co każdemu chodzi, co go męczy, trapi i cieszy. Jeżeli ktoś jest zły – taki pozostanie i nie ma szans, by miłosierny Jizo zmienił takiej osoby charakter. Dla jednych to wszystko jest wadą, dla innych zaletą, o tym zadecydujecie sami.
 Z chęcią poczytałbym więcej o Zakonach, tajemniczych zwierzętach i historii kraju, w którym przyszło żyć głównym bohaterom. Autorka bardziej skupia się na fabule, lekko pomijając to co zainteresowałoby sporą grupę ludzi – ogólny zarys historyczny i geopolityczny kraju. Na szczęście na samym końcu książki mamy opisane wszystkie Zakony działające na terenie Wakuni, wraz z krótkim słowniczkiem wyjaśniającym najważniejsze pojęcia.
Na osobny akapit zasługuje zakończenie. Proszę Państwa, śmiało mogę powiedzieć, że to najlepsze zakończenie jakie czytałem od dawna. Nie wiem czy Pani Kossakowska czytała zasady pisania książek Stephena Kinga, ale do jednej z nich zastosowała się nad wyraz skrupulatnie. Wbiła czytelnikowi nóż w plecy. Podsyciła nasz apetyt. Gdy już akcja zmierzała do niesamowitego końca, oczy biegały jak szalone po kolejnych słowach, krew burzyła się ze wściekłości na dowódce gangu, kląłem na wszystkich japońskich bogów, nagle moim oczom ukazały się krwistoczerwone litery Koniec tomu pierwszego. CO?! No ja się pytam! Jak tak można, no jak?! Kluczowy moment dla całej akcji, fabuła przyspiesza w kosmicznym tempie, a tu nagle takie coś?! Ja protestuję! Nie zgadzam się! Nie wyrażam zgody! Kiedy będzie następny tom?! Ja się pytam!
Pozostaje tylko obawa, że tom drugi i trzeci będą gorsze, ujdzie gdzieś ta wena i namiastka starej Japonii, pozostawiając żal i zgrzytanie zębów. Mam nadzieję, że tak nie będzie i kolejny tom przyniesie nam więcej wrażeń, a akcja dalej będzie niczym kadr sceny walki z wybitnego filmu. Warto ludzie, warto!
www.matras.pl
Za udostępnienie książki bardzo dziękuję księgarni Matras!

Wydawnictwo
Fabryka Słów

Data wydania
11 kwietnia 2014

Liczba stron
460

Ocena
7/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniu „Czytam Fantastykę II”